Orkan Rumia - Gryf Słupsk (16.10.2010)
Dzisiaj chcemy się cofnąć pamięcią stosunkowo niedawno, bo do roku 2010.
Tak więc 13 lat temu został rozegrany ten mecz, ale mimo to warto go przypomnieć z dwóch względów.
Po pierwsze ze względu na dramaturgię spotkania, a po drugie ze względu na niecodzienny, końcowy wynik.
Ale po kolei. Było to w sezonie 2010/11, a dokładnie 16 października 2010 roku.
Trwały akurat rozgrywki w III lidze i Gryf udał się w asyście swoich kibiców do Rumi na mecz z Orkanem.
Dla Naszego klubu nie wiodło się w tym sezonie zupełnie.
Zamykał ligową tabelę i na pewno nie był faworytem tego wyjazdowego spotkania.
Tym bardziej, że w Rumi wystąpił w zupełnie eksperymentalnym ustawieniu, Nominalny napastnik Krzysztof Biegański zagrał na lewej pomocy, a w ataku partnerem Pawła Kryszałowicza był Bartłomiej Dziuban.
Początek gry zdawał się potwierdzać tezę, że Gryf nie zdoła zbyt wiele ugrać w tej potyczce.
Orkan błyskawicznie, bo już w 3 minucie uzyskał prowadzenie.
Był rzut wolny, dośrodkował dokładnie w pole karne Piotr Fera, a celnym strzałem Łukasza Krymowskiego pokonał Dawid Banaczek.
Później bardzo dobre okazje mieli Paweł Waleszczyk i Krzysztof Biegański, jednak Kamil Biecke doskonale spisał się w bramce Orkana.
To zwiastowało jednak, że trójkolorowi mogą jednak coś ugrać w tym meczu.
W 24 minucie to znów gospodarze się cieszyli.
Były napastnik Bałtyku Gdynia, Lechii Gdańsk, Arki Gdynia i Ruchu Chorzów, Michał Smarzyński z najbliższej odległości umieścił piłkę w bramce.
Chłopaki z Zielonej jednak wcale nie zamierzali się poddawać.
W 34 minucie miała miejsce składna akcja słupszczan. Waleszczyk dośrodkował, Siarnecki dograł do Biegańskiego i padła bramka.
Ku rozpaczy piłkarzy i słupskich kibiców arbiter spotkania dopatrzył się pozycji spalonej.
To jeszcze bardziej rozzłościło słupszczan, którzy w końcu dopięli swego.
W 39 minucie rzut rożny wybijał Honorat Stróż.
Piłka trafiła na głowę Pawła Kryszałowicza i wylądowała w siatce! Zbyt mało koncentracji wykazała drużyna w ostatniej minucie pierwszej połowy i stało się najgorsze.
Bramka do szatni bardzo bolała.
Z lewej strony boiska piłkę dostał Smarzyński i bez zastanowienia strzałem z pierwszej piłki, po raz trzeci pokonał Krymowskiego.
Wydawało się wtedy, że Gryf się już nie podniesie.
W przerwie, w szatni musiały paść mocne słowa. Trener Tadeusz Wanat jr. poczynił w drugiej połowie cztery zmiany.
Te zmiany oraz to, że drużyna pokazała charakter i walczyła do upadłego o każdą piłkę do końca meczu, odmieniło jego oblicze.
W 59 minucie z prawej strony boiska piłkę wrzucił Sebastian Kamiński, przedłużył głową Biegański, by całą akcję również strzałem głową wykończył Patryk Pytlak.
Było więc już tylko 2:3.
Dalej znów minimalnie chybił Pytlak i Kamiński.
W obu przypadkach futbolówka minimalnie przeszła obok słupka.
Gryfici wciąż byli w ataku. Siarnecki z 6 metrów nie zdołał pokonać bramkarza.
Było tylko kwestią czasu, kiedy padnie kolejny gol.
No i w końcu stało się.
Na kwadrans przed końcem kolejny rzut rożny egzekwował Honorat Stróż.
Celnie dograł wprost na głowę Artura Sarny i zapanowała nieopisana radość w słupskiej ekipie, tak na boisku jak i na trybunach.
Ta radość nie trwała jednak zbyt długo.
Po kolejnych 6 minutach Bartosz Szweda podał z prawej strony do Smarzyńskiego i ten niezwykle rutynowany napastnik skompletował swojego hattricka.
Po bramce doszło na boisku do sporej szamotaniny i przepychanek. Sędzia spotkania uznał, że najwięcej winy było po stronie kapitana naszej jedenastki, Pawła Waleszczyka i usunął go z boiska.
To podcięło by skrzydła każdej drużynie.
Każdej, ale nie dla Gryfa. W 89 minucie piłka przeszła centymetry nad poprzeczką po kolejnym strzale głową Sarny.
W związku ze zmianami i przerwami w grze, arbiter doliczył dodatkowe 5 minut do podstawowego czasu.
Gryf w 10-tkę walczył, walczył i walczył do końca.
Do rzutów rożnych pod bramkę Orkana podchodził nawet nasz bramkarz.
Gdy zegar wskazywał już 95 minutę, blisko bramki sfaulowany został Marcin Kozłowski.
Do rzutu wolnego podszedł Paweł Kryszałowicz i zagrał wzdłuż bramki, a tam Artur Sarna wślizgiem z jednego metra wepchnął piłkę do siatki!
Radości nie było końca, bo sędzia zakończył mecz.
To spotkanie pokazało, jak charakter, zdrowie i serce pozostawione na murawie mogą czynić cuda.
Ostatnia drużyna w tabeli, wywiozła cenny remis 4:4 ze stadionu trzeciej drużyny w tabeli.
Jeszcze mała dygresja.
Jeżeli czytać to będą piłkarze z obecnej kadry Gryfa, niech pamiętają: Panowie zawsze gramy do końca.
Nie ma z góry przegranych meczy.
Bo jeśli wiara czyni cuda, my zawsze wierzymy że się uda.
Bramki: 1:0 3’ Banaczek Dawid, 2:0 24’ Smarzyński Michał, 2:1 39’ (głową) Kryszałowicz Paweł, 3:1 45’ Smarzyński Michał, 3:2 59’ (głową) Pytlak Patryk, 3:3 75’ (głową) Sarna Artur, 4:3 81’ Smarzyński Michał , 4:4 95’ Sarna Artur
Orkan: Biecke – Kowalczyk, Dirda (89 Roeske), Kowol, Fera, Adamus, M. Pieper (46’ Skwiercz), Beyl (82’ Urbaniak), Prinz (69’ Szweda), Banaczek, Smarzyński.
Gryf: Krymowski Łukasz – Siarnecki Robert, Sarna Artur, Bukowski Tomasz, Oleszczuk Bartłomiej, Lenkiewicz Damian (46’ Kamiński Secastian), Waleszczyk Paweł, Stróż Honorat (82’ Piekarski Tomasz), Biegański Krzysztof (61’ Kozłowski Marcin), Kryszałowicz Paweł, Dziuban Bartłomiej (46’ Pytlak Patryk
Trener: Wanat Tadeusz jr.